Panna Młoda – być kobiecą!

Wiele kobiet od najmłodszych lat wyobraża sobie i planuje ten niezwykły, a wręcz najważniejszy dzień w życiu. Ze mną było wprost odwrotnie. Nigdy nie myślałam, że pewnego dnia stanę na ślubnym kobiercu jako PANNA MŁODA. Już nawet będąc dość długo w związku jakoś to do mnie nie docierało. Oczywiście chciałam ślubu, ale cała ta uroczystość nie mieściła mi się w głowie. Wszystko się zmieniło, kiedy to po zaręczynach ze względu na konieczność podjęcia kolejnych decyzji, całe to wydarzenie stało się coraz bardziej realne.

Od samego początku moje koncepcje kilka razy się zmieniały. Zaczynając od zaproszeń, których historię już zdążyłam Wam opisać, a kończąc na oprawie florystycznej wesela. Jednak każdy kolejny pomysł krążył wokół tych samych wytycznych – wszystko miło być spójne, skromne i bliskie natury.

Panna Młoda – początki

Chyba każda przyszła Panna Młoda powinna na samiutkim początku zadać sobie jedno podstawowe pytanie:

Jaką tak na prawdę chcę być Tego dnia?

A tak brzmiała moja odpowiedź:

Kobiecą! Chcę pokazać się światu trochę z innej strony.

W tym dniu chciałam schować do kieszeni swoją dziewczęcość i skromność. Chciałam poczuć się seksownie i elegancko. Oczywiście w tym wszystkim nie zamierzałam udawać kogoś kim nie jestem. Moim celem było dzięki poszczególnym elementom – sukienka, makijaż, fryzura i inne dodatki, rozbudzić w sobie uczucie wyjątkowości, a także dodanie sobie odwagi. Jest wiele rzeczy, które mi się podoba, a w codziennym życiu po prostu nie pasują do mnie. W dniu ślubu postanowiłam zaryzykować i niektóre decyzje – jak na mnie – dość szalone okazały się strzałem w 10!

Panna Młoda – suknia czy sukienka?

Tu nie miałam wątpliwości, że w moim przypadku będzie to sukienka. Od razu odrzuciłam wszelkie gorsety, bezy i falbany. Miałam to szczęście, że akurat Ci co wyznaczają trendy w modzie ślubnej w tym okresie postawili w miarę na to samo. Zanim zaczęłam rozglądać się za sukienką wybraliśmy się na Zuryskie Targi Ślubne. Pech chciał, że była tam ona – piękna, oryginalna, niezwykła! Niestety cena dość szybko sprowadziła mnie na ziemie i musiałam o niej zapomnieć… Widocznie nie była to też tak wielka miłość, gdyż teraz nawet nie mogę sobie przypomnieć projektanta. Przed wybraniem się do jakiegokolwiek salonu oczywiście najpierw przestudiowałam internet. Szukałam czegoś podobnego do „tej jedynej”, a z każdą kolejna stroną moja nadzieja powoli umierała. Po krótkich rozpoznawczych wizytach w kilku gdyńskich salonach dość poważnie zastanawiałam się, czy może jednak nie odwołać tego ślubu?

Moja idealna sukienka nie może ograniczać ruchów i pozwolić mi przetańczyć całą noc!

Czas nieubłaganie leciał i trzeba było w końcu wybrać się na jakieś przymiarki, a nóż widelec coś znajdę? Z pośród dość sporej liczy salonów znajdujących się w Gdyni wybrałam dwa. Jeden ze względu na to, że kilka lat wcześniej moja siostra zakupiła tam swoją, natomiast w drugim spodobały mi się sukienki, ale bałam się, że nie zmieszczą się w moim budżecie.

Do salonu Aveart jechałam z dość negatywnym nastawieniem. Byłam pewna, że i tak nie znajdę „tej jedynej”. Możecie wyobrazić sobie zdziwienie no mojej twarzy, kiedy to miałam ochotę przymierzyć prawie wszystkie znajdujące się tam sukienki. Każda z nich była wyjątkowa! W końcu do finału przeszły trzy, nad którymi miałam się zastanowić.

Moja idealna sukienka powinna pomóc mi poczuć się komfortowo w okolicach dekoltu. Ze względu na  spory biust musi być na ramiączkach i bez gorsetu. Idealny dekolt, to ten w kształcie litery „v”.

Do salonu powróciłam już po dwóch dniach w pełnej gotowości na podjęcie decyzji. Jeszcze raz zmierzyłam wszystkie trzy, a może nawet cztery. Następnie jedną odrzuciłam i zostały mi dwie opcje.

  1. Sukienka, w której czułam się dziewczęco, delikatnie i oryginalnie.
  2. Sukienka, w której czułam się kobieco, oryginalnie, zarówno seksowanie jak i skromnie. I te plecy!

Chyba domyślacie się, że wybrałam opcję nr 2. Choć pierwsza wydawać by się mogła idealna, to miałam poczucie, że w niej mogę pójść wszędzie. Obawiałam się, że w dzień ślubu nie da rady wykonać swej pracy i sprawić, że będę się czuła niepowtarzalnie wyjątkowo.

Wybrana przeze mnie sukienka pochodzi z kolekcji MiaLavi. Swojej decyzji ani przez chwilę nie żałowałam. Ktoś powie, że to tylko sukienka i w zupełności się z nim zgadzam, ale…  Zawsze pozostanie jakieś „ale” :). Kto Panna Młodą nigdy nie był ten nie wie, czego potrzebuje i co czuje w dniu swojego ślubu kobieta. A taki (nie)zwykły kawałek materiału potrafi zdziałać cuda!

Panna Młoda – w dniu ślubu

Makijaż  i fryzura

Moimi paznokciami, a także makijażem zajęła się Pani Maja Mamrot (Reda). Włosy oddałam pod opiekę Pani Anecie ze Studia Fryzjerskiego Aneta Kościelska (Wejherowo). Ze wszystkich usług obu Pań byłam bardzo zadowolona i z czystym sumieniem mogę je Wam polecić!

Buty i akcesoria

Jak o samej sukience zupełnie nie marzyłam, to wizja butów, jakie założę w dniu ślubu już dawno pojawiła się w mojej głowie. Wysokie (choć nie przypuszczałam, że w końcu będą aż tak wysokie!), sandałki, a ostatecznie do tej koncepcji dołączył również błysk i srebro. Miały być takie, które miałabym odwagę założyć tylko w tym dniu. Szczerze mówiąc, nie naszukałam się zbytnio wymarzonych pantofelków. Trafiłam na świetną okazję w jednym z włoskich sklepów typu outlet. Wymarzone buty najwyższej jakości (całe ze skóry)  i za śmieszne pieniądze kupiłam rok przed ślubem!

Oczywiście w 12 cm obcasach za długo nie wytrzymałam. Do pierwszego tańca spełniły swoją rolę, a następnie zastąpiłam je bardziej wygodnym modelem ;). Oczywiście ostatecznie zabawę zakończyłam na bosaka!

Z biżuterii chciałam jedynie kolczyki. Marzyłam o perłach, ale ze względu na przesądy ;) postanowiłam z nich zrezygnować, choć to zupełnie do mnie nie podobne. Zastąpić je miały dość spore (jak na mnie), połyskujące i srebrne. Ostatecznie zdecydowałam się na biżuterię Swarovskiego. Dodatkowo narzeczony namówił mnie na bransoletkę, która dopełniła całości.

Welon. I tu pojawił się problem, bo ze względu na tył sukienki moim zdaniem nie wchodził w grę. Na próbną fryzurę wybrałam się z wizją wstążki we włosach. Została mi ona odradzona… Ze względu na kolczyki, w których czułam się już dość „bogato” byłam gotowa zrezygnować z jakiej kolwiek dekoracji głowy. Problem rozwiązała moja mama, która kupiła mi ozdobny grzebyk. Przyznam się również, że w salonie, w którym kupowałam sukienkę dostałam welon. Postanowiłam zdecydować w dniu ślubu, którą opcję wybiorę. Dopiero tuż przed wyjściem do Kościoła odrzuciłam welon i postawiłam na błyszczącą ozdobę.

Wiązanka ślubna

Jeśli chodzi o mój bukiet ślubny, to zażyczyłam sobie, aby przeważała zieleń, kwiaty były białe/kremowe, a całość zwiewna i lekka. Miał on również tworzyć całość z całą oprawą florystyczną, o której pisałam już wcześniej.

Wszystkie zdjęcia użyte w tym poście są autorstwa niezwykłych fotografów z Fotoinlove, których przedstawię Wam w kolejnym poście z tej serii.


Ale się rozpisałam! Nie sądziłam, że mam tyle do powiedzenia na temat ubrania. Nie chodzi tu też o to, że w dniu ślubu mój wygląd był dla mnie najważniejszy. Podjęłam się takiego tematu, więc skupiłam się na poszczególnych elementach, które pomogły mi poczuć się jak prawdziwa PANNA MŁODA. W Dniu Kobiet miały być w końcu „babskie sprawy”….

Wszystkim nam – babką życzę,

abyśmy zawsze czuły się 100% kobietami,

a w dniu własnego ślubu osiągnęły istne szczyty kobiecości!

 

(Visited 126 times, 1 visits today)

Werka Pietruszka

Uzależniona od szydełkowania kreatywna miłośniczka podróżowania.